sobota, 9 czerwca 2018

Rozdział 48. Wschodni wiatr


 „A może szczęście to jest coś, do czego możemy tylko dążyć.I możemy właściwie nigdy go nie osiągnąć. Choćby nie wiem co.”~ Chris Gardner 

Zbliżał się maj. Kwiaty kwitły, drzewa się zieleniły, w powietrzu unosił się zapach kwitnącej wiśni. Uczniowie przesiadywali na błoniach, śmiali się, rozmawiali, uczyli do egzaminów, a niektórzy śmiałkowie wskakiwali nawet do jeziora. Robili to jednak z marnym smutkiem, ponieważ zaraz byli wyciągani na brzeg przez Wielką Kałamarnicę. 
– O czym myślisz? – spytał Jason, obejmując mnie od tyłu. Stałam przy oknie mojego gabinetu, wyglądając na siedzących z książkami Krukonów.
– Spokój – powiedziałam zaniepokojona. – A stanie się to, kiedy wszyscy poczują się bezpieczni – powtórzyłam słowa przepowiedni. – To się stanie wkrótce, Jason, wiem, że to już blisko.
– Ile razy już ci to mówiłem? Nic się nie stanie. Przepowiednie nie zawsze się spełniają. Wierzę, że ta się spełni.
– Dobre przepowiednie mają szansę się spełnić. Złe, spełniają się zawsze. A ta jest najgorsza ze wszystkich.
Jason zdawał się mnie nie słuchać.
– Zaraz będzie maj – zauważył. – Pomyślałem, może pojedziemy gdzieś? Weźmiemy kilka dni urlopu, odpoczniemy, zregenerujemy siły.
– Zwariowałeś? – naskoczyłam na niego. – Chcesz wyjechać teraz? Kiedy wszystko się zbliża?
– Myślałem, że moglibyśmy pojechać do moich rodziców. Albo do Ameryki. Mam w Ameryce coś, co chciałbym ci pokazać.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– A ty mnie?
Odeszłam od okna i usiadłam zrezygnowana przy biurku.
– Nie chcę nigdzie jechać. Boję się, nie widzisz tego?
– Widzę. Cały czas widzę, jak się zamartwiasz, jak czekasz na najgorsze. I nie mogę już tego znieść. Chcę, żebyś chociaż na chwilę zapomniała o przepowiedni, o tym, co ma się stać. 
– Wiem, że chcesz dla mnie dobrze. Rozumiem to. Ale nie mogę wyjechać teraz. Obiecuję Ci, kiedy będzie po wszystkim, kiedy przetrwamy najgorsze, wyjedziemy na wakacje z prawdziwego zdarzenia. Na rok. Albo do końca życia. Będziemy zwiedzać świat, odwiedzać nowe miejsca. Będziemy tam, gdzie tylko będziemy chcieli. I będziemy razem, szczęśliwi. Ale dopóki istnieje niebezpieczeństwo, nie zamierzam się stąd nigdzie ruszyć.
– A co jeśli wyjedziemy teraz? Zostawimy to wszystko. Uciekniemy od przepowiedni.
– Jeśli uciekniemy teraz, będziemy uciekać do końca życia. Jason, mam dość życia w ciągłym strachu. Nie mogłabym tak po prostu uciec. Co z Draco? Andromedą? Małym Teddym? Jeśli ucieknę, pójdą po nich. Zabiją ich, bo wiedzą, że są dla mnie wszystkim. Nie mogę pozwolić, żeby ktokolwiek przeze mnie ucierpiał. Ja to wszystko zaczęłam i ja to skończę, nawet jeśli oznacza to moją śmierć.
– Rozumiem – powiedział, kiwając głową. – Jesteś gotowa do walki, jesteś gotowa umrzeć, podziwiam to, naprawdę. Twoją odwagę, troskę o życie innych. Ale co ze mną? Co będzie ze mną, jeśli coś ci się stanie? Jeśli nie dasz rady pokonać przepowiedni?
– Jason...
– Nie! Ty będziesz spokojna, ale co ze mną? Pomyślałaś chociaż przez chwilę, co ja zrobię, jeśli ciebie zabraknie? Tydzień. Tyle czasu minęło, zanim mi wybaczyłaś. Siedem dni, sto sześćdziesiąt osiem godzin, dziesięć tysięcy osiemdziesiąt minut, najgorszych minut mojego życia. Nie było cię przy mnie przez tydzień, a czułem, jakby to była wieczność. Kocham cię, Narcyzo. Bardziej niż bym chciał, bardziej niż myślałem, że to możliwe. Mój świat nie istnieje bez ciebie! Jesteś jak zaczerpnięcie świeżego powietrza! Jakbym tonął, a ty byś mnie ratowała. Nie będę mógł oddychać, jeśli coś ci się stanie. Nie mogę żyć w świecie, w którym nie ma ciebie! Jesteś moim życiem, Narcyzo, kiedy, do jasnej cholery to zrozumiesz?! – krzyknął, po czym wyszedł z mojego gabinetu.
Siedziałam przy biurku, analizując słowa, które przed chwilą usłyszałam. Byłam taka głupia. Przez cały czas myślałam o tym, jak bardzo nie chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie ucierpiał, ale ani przez chwilę nie pomyślałam, jak wielką krzywdę mogłabym wyrządzić własną śmiercią. Dostałam od losu najwspanialszą miłość, o jakiej mogłam tylko marzyć, i zamiast ją celebrować, szykuję się na bitwę, której nie będę w stanie wygrać.
– Jestem głupia – powiedziałam do Jasona, który nerwowo krążył po swojej komnacie. – Wiem, że mnie kochasz. I ja kocham ciebie. Nie pozwolę na to, żeby cokolwiek mi się stało. Obiecuję.
Podbiegłam do Jasona ze łzami w oczach i wtuliłam się w niego. Otulił mnie swoimi ramionami, dając mi poczucie bezpieczeństwa.
– Wyjadę z tobą – powiedziałam. – Pojedziemy do Ameryki, Francji, gdziekolwiek zechcesz. 
– Dziękuję – wyszeptał szczęśliwy.
– Ale musisz mi obiecać, że jeżeli bitwa rozpocznie się, kiedy nas nie będzie, to wrócimy najszybciej, jak się da. Nie będziemy uciekać.
– Dobrze – przyznał niechętnie, a potem podniósł mnie i zakręcił dookoła. Był taki szczęśliwy.
Nie do końca wiedziałam, jak to zrobił, ale jeszcze tego samego tygodnia Jason zdobył pozwolenie z Ministerstwa na teleportację za granicę, więc weekend mogliśmy spędzić na Long Island, a dokładniej w Hamptons. Jason wynajął tam przepiękny dom, tuż przy samej plaży.
– Podoba mi się tutaj – powiedziałam, kiedy w piątkowy wieczór siedzieliśmy w naszym domu i piliśmy wino, obserwując palące się w kominku drewno. – Mogłabym tutaj zostać do końca życia.
– Cieszę się, że tak mówisz – uśmiechnął się, dolewając mi wina. Starał się robić wszystko, żebym tylko zapomniała o tym, co wkrótce miało się wydarzyć. Wiedziałam tylko tyle, że ktokolwiek stał za atakami, wymykał się spod kontroli. Działał nieprzewidywanie, atakował już nie tylko mugoli, ale również czarodziejów półkrwi. Zaczynało być coraz gorzej i niebezpieczniej. Wojna była nieunikniona. – Muszę ci się do czegoś przyznać.
– Czyżbyś przyjeżdżał tutaj ze swoimi poprzednimi dziewczynami? – zaśmiałam się.
– Nie. Ale nie byłem z tobą do końca szczery, jeśli chodzi o ten dom.
– Kochanie, dopóki możemy tutaj zostać do końca weekendu, może należeć nawet do twojej byłej żony.
– Co? – zdziwił się. – Nie mam byłej żony.
– Przecież wiem – zaśmiałam się, będąc już lekko wstawiona. Być może bardziej niż lekko.
– Ten dom jest nasz, Narcyzo.
– Jak to nasz? – spytałam zdziwiona.
– Kupiłem go – powiedział. – Jest nasz. Możemy tutaj zamieszkać. Jak tylko będzie po wszystkim, możemy tutaj przyjechać i już nigdy nie wyjechać.
– Kupiłeś nam dom?
– Jesteś zła?
– Nie – uśmiechnęłam się. – Ten dom jest wspaniały. Nie mogę się doczekać chwili, w której przekroczę jego próg i nie będę musiała się już o nic martwić. Kocham cię – powiedziałam i pocałowałam go.
– Ja ciebie również kocham. – Jason odwzajemnił mój pocałunek.
Spędziliśmy tam cudowne trzy dni. Trzy dni bez zmartwień i zobowiązań. Tylko my, wino i ten wspaniały dom, który był naszym domem. Nie mogłam uwierzyć, że Jason naprawdę to zrobił. Że myślał o nas tak poważnie. Wiedziałam, że nie mogłam się poddać, musiałam wygrać tę bitwę. Musiałam to zrobić dla nas, dla naszej przyszłości i tego pięknego domu, który mieliśmy dzielić do końca naszych dni. 
Przez tych kilka dni, byłam tak szczęśliwa, że nawet nie wyraziłam sprzeciwu, kiedy Jason zaprosił mnie na kolację, z okazji moich urodzin, a nienawidziłam świętować tego dnia, ponieważ przypominał mi o wszystkim tym, co straciłam podczas Bitwy o Hogwart.
– Boisz się zmian? – spytałam, biorąc łyk czerwonego wina. Byliśmy w restauracji, do której Jason zabrał mnie na urodzinową kolację.
– Tylko jednej.
– Jakiej?
– Boję się zostać bez ciebie – rzekł bardzo poważnie.
– Nigdzie się nie wybieram. – Uśmiechnęłam się i potargałam jego falowane włosy.
– Jesteś dla mnie bardzo ważna. Całe moje pojęcie szczęścia mieści się w jednym słowie – ty.
Po tych słowach Jason chwycił mnie za rękę i razem teleportowaliśmy się do Hogwartu. Wylądowaliśmy na Wieży Zegarowej. Podeszliśmy do barierki i w milczeniu zaczęliśmy oglądać gwiazdy.
– O czym pomyślałaś? – spytał Jason, kiedy migocąca gwiazda zniknęła na ciemnym niebie.
– Żebyś nigdy mnie nie opuścił – szepnęłam. – Żebyś zawsze mnie kochał.
– Zawsze będę cię kochał – przyrzekł. – Jesteś miłością mojego życia.
– A ty moją – szepnęłam i wspięłam się na palcach, żeby go pocałować. – A ty? O czym pomyślałeś?
– Chciałem, żeby nic się nie zmieniło. Żeby już zawsze było tak, jak jest teraz.
– Teraz jest idealnie – powiedziałam i pocałowałam go.
– Wiem, że nie zrobiłem zbyt wiele, żeby cię przekonać, że to, co jest między nami, nigdy nie zniknie…
– Owszem, przekonałeś mnie. Byłeś przy mnie. I tylko to się liczy. Reszta to tylko słowa. One są bez znaczenia.
– Nie wszystkie. Czasem jedno słowo może zmienić wszystko. Na przykład słówko „tak”.
– Tak? – zdziwiłam się, a po chwili otworzyłam szeroko oczy. – O słodki Merlinie – szepnęłam, patrząc na klęczącego przede mną Jasona.
– Narcyzo… – zaczął, wyciągając małe pudełeczko z kieszeni szaty. – Wieczność to trochę długo. Ale wiesz, nie miałbym nic przeciwko, gdybym mógł spędzić ten czas z tobą. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i spędzisz resztę życia jako moja żona?
Nie mogłam uwierzyć, że to się działo naprawdę. Zakryłam usta dłonią, żeby nie krzyczeć z radości.
– Tak – zaśmiałam się ze szczęścia – O mój Boże, tak!
Jason chwycił mnie w ramiona, podniósł i zakręcił. Byłam szczęśliwa, nie liczyło się już nic innego. Tylko ja i on, mający spędzić resztę życia ze mną. Wiedziałam, że to był moment, który miał zmienić całe moje życie. To właśnie w jego ramionach czułam się spokojna i szczęśliwa. 
W tamtej chwili czułam się po prostu bezpieczna.

1 komentarz:

  1. Wow, oświadczyny! A ja tu nadal liczyłam na powrót Lucjusza, ehm ���� Ale jaka wojna? Aż tak może być źle? Jestem pewna, że poczucie bezpieczeństwa Narcyzy nie potrwa długo, biedaczka. To będzie coś poważnego!

    OdpowiedzUsuń

layout by oreuis